18 lat temu zmarł wokalista INXS Michael Hutchence

Dziś mija 18 lat od dnia, w którym Michael Hutchence rozstał się z życiem. Niewiarygodne, jak szybko płynie czas. Jeszcze bardziej widać to, gdy uświadomimy sobie, że od śmierci wokalisty minęło niemal dokładnie tyle samo czasu, ile trwała kariera INXS, zespołu, z którego działalnością jest najlepiej kojarzony.

INXS jest przykładem grupy, która bardzo powoli, acz konsekwentnie, budowała swoją markę. Zdobywana stopniowo popularność eksplodowała wraz z wydaniem w 1987 roku multiplatynowego albumu zatytułowanego „Kick”. Dobra passa INXS trwała później jeszcze kilka lat, bo wypuszczony w 1990 roku „X”, choć rozszedł się na całym świecie w odrobinę mniejszym nakładzie niż poprzednik, osiągnął sprzedaż pozwalającą oceniać album wyłącznie w kategoriach sukcesu. Poziom popularności INXS doskonale prezentuje zarejestrowany 13 lipca 1991 roku koncert na wypełnionym przez ponad 70.000 widzów Stadionie Wembley w Londynie. Zespół w szczytowej formie zagrał set składający się z przekrojowego materiału, w szczególności zaś z wypełnionych singlami płyt „Kick” i „X”. Michael Hutchence objawił się światu jako prawdziwe sceniczne zwierzę, bijąc na głowę większość konkurencji. Nie przesadzę jeśli, uwzględniając różnice stylistyczne, stwierdzę, że był to frontman na miarę Freddy’ego Mercury’ego, Mick’a Jagger’a, czy Jim’a Morrison’a. Charyzmatyczny, ewidentnie odnajdujący się w świetle reflektorów. Co zatem stało się z tak pieczołowicie rozwijaną karierą w kolejnych latach, co doprowadziło do spadku popularności grupy?

INXS x
Pierwszym, co przychodzi do głowy, jest oczywiście kryzys twórczy spółki autorskiej M. Hutchence/A. Farris. Taki los spotkał przecież Midnight Oil, którzy, po wydanym w tym samym roku co „Kick” albumie „Diesel and Dust”, przepadli na zawsze. Ale nic z tych rzeczy, bo dwie kolejne płyty INXS, „Welcome To Wherever You Are” i „Fool Moon, Dirty Hearts”, aż skrzyły się od znakomitych kompozycji, z których niemal każda mogła zostać przebojem, a rozmach aranżacyjny i produkcja przebijały zarówno „Kick”, jak i „X”.

Jeśli nie słabość kompozycji, innym wytłumaczeniem zaistniałego stanu rzeczy mogą być warunki zewnętrzne, a przede wszystkim zmiany, jakie zaszły w muzyce w pierwszej połowie lat 90. XX wieku po obu stronach Atlantyku. W 1991 roku ze Stanów Zjednoczonych rozlał się na cały świat grunge. Owocem tego były premiery trzech doskonałych i niezwykle popularnych albumów: „Nevermind” Nirvany, „Ten” Pearl Jam i „Badmotorfinger” Soundgarden. Jakby tego było mało, niecałe dwa miesiące po premierze „Welcome To Wherever You Are” w 1992 roku, ukazał się „Dirt”, przełomowy i najlepszy w karierze album Alice In Chains . Nie lepiej było w roku 1993, w którym premierę miał „Full Moon, Dirty Hearts”, bo na fali astronomicznej wprost popularności utrzymywali się Pearl Jam i Nirvana (z płytami „Vs.” i „In Utero”).

INXS z końca lat 80. często próbuje zestawiać się z U2, ale prawda jest taka, że poziomu „The Joshua Tree” (premiera miała miejsce również w 1987 roku) Australijczycy nie osiągnęli, nawet jeśli zsumuje się wyniki sprzedaży „Kick” i „X”. Dlatego U2, zaskakując zmianą stylistyczną na „Achtung Baby”, mogli pozwolić sobie na utratę nawet sporej części publiczności. Nie bez znaczenia było również to, że kazali na nową muzykę czekać kilka lat, co skutecznie podgrzało atmosferę, a na trasie promującej nowe dzieło w roli supportu wystąpili między innymi Pearl Jam, co było jasnym sygnałem, że U2 wciąż są jeszcze modni i popularność nowej, cięższej, muzyki nie musi oznaczać przeniesienia ich do klasy z dinozaurami rocka. Na to wszystko nakładał się jeszcze element wizerunkowy. Wprawdzie Bono nie kreował się na macho, bo trudno oceniać go w ten sposób patrząc na to, jak wyglądał w latach 80., ale porównując go z Hutchence’em, to właśnie temu drugiemu można było przypiąć łatkę bożyszcza kobiet, co mogło skutecznie zniechęcać do zespołu męską część publiczności.

INXS welcome-to-wherever-you-are
Ostatnim czynnikiem mogącym mieć wpływ na stopnienie popularności INXS mogło być brzmienie ich ostatnich płyt. Oglądając koncerty promujące „Welcome To Wherever You Are” i „Full Moon, Dirty Hearts” uwagę zwracają o wiele ciężej brzmiące gitary i ogólnie bardziej surowy, jednoznacznie rockowy, klimat, podczas, gdy „Kick” i „X” były niewątpliwie rockowymi płytami, ale, w warstwie dźwiękowej, wygładzonymi z myślą o masowym odbiorcy. Tak, czy inaczej, INXS przenieśli się z wypełnionego po brzegi Stadionu Wembley do sal na kilka tysięcy widzów, jak londyńska Brixton Academy.

Czy przeczekanie przez INXS popularności grunge’u i wydanie „Welcome To Wherever You Are”, dajmy na to, w 1995 roku utrzymałoby popularność zespołu na dotychczasowym poziomie, tego już się nie dowiemy. Przerwa w działalności mogła zadziałać na korzyść, zważywszy na to, że wzrastająca popularność britpop’u wyniosła na szczyt zespoły poruszające się w nie tak znów odległej od INXS stylistyce. Dziś każdy, kto w naturalny sposób przegapił przed laty płyty „Welcome To Wherever You Are” i „Full Moon, Dirty Hearts”, powinien po nie sięgnąć, bo stanowią one bez wątpienia szczytowe osiągnięcie INXS.

INXS Full moon dirty hearts
O tym, jak wielką stratę poniósł rockowy świat 22 listopada 1997 roku, świadczy jedyny wydany po śmierci Hutchence’a album INXS, „Switch”. Przy mikrofonie stanął J.D. Fortune, wokalista wyłoniony w telewizyjnym show z udziałem zespołu. Pozostawiając bez komentarza procedurę naboru, stwierdzić trzeba, że J.D. Fortune nie był złym wokalistą, ale, po pierwsze, niepotrzebnie próbował naśladować manierę wokalną Hutchence’a, a, po drugie, brakowało mu tego czegoś, czego Michael Hutchence miał w nadmiarze. Charyzmy, pewności siebie, doświadczenia, łaknienia sławy. Wyobrażam sobie, że gdyby to on śpiewał w „Devil’s Party”, czy „Pretty Vegas”, utwory te byłyby o niebo lepsze, a gdyby zrobił to w „Afterglow” mogłoby to oznaczać powrót INXS na szczyty list przebojów. Szkoda, że to tylko luźne dywagacje.