Arcade Fire „Everything Now”

Ze zdziwieniem odkryłem właśnie, że od premiery poprzedniej płyty Arcade Fire minęły już prawie cztery lata. „Reflektor” była jedną z moich ulubionych płyt 2013 roku. Nie udało mi się wtedy dotrzeć na koncert zespołu i po jakimś czasie odłożyłem to na „po następnej płycie”. Nie wiem jeszcze, czy uda mi się zobaczyć ich przy okazji promocji najnowszej płyty, więc na razie skupiam się wyłącznie na muzyce. Datę premiery „Everything Now” Arcade Fire wyznaczyli dość odważnie, bo środek lata nie jest zbyt popularnym czasem na wypuszczanie w świat nowych wydawnictw. Z drugiej strony, konkurencja na listach przebojów jest wtedy stosunkowo niewielka.

Arcade Fire to zespół intrygujący, poruszający się gdzieś między rockiem, indie, popem i muzyką taneczną. Ich płyty cechują się ciągłym poszukiwaniem i eksperymentami. Nie sądzę by jakikolwiek fan formacji oczekiwał płyty podobnej do którejś z poprzednich propozycji grupy. Tak przynajmniej jest w moim przypadku, dlatego, cokolwiek nie dobiegłoby do mnie z głośnika, nie zaskoczyłoby mnie w najmniejszym stopniu. Tak mi się przynajmniej wydawało, dopóki nie usłyszałem pierwszego właściwego utworu z najnowszej płyty. Tytułowa kompozycja bowiem to czysty, stuprocentowy, nieuzyskany z koncentratu, niebarwiony i pozbawiony konserwantów przebój… ABBY. Myślę, że gdyby pokuszono się o zorganizowanie ankiety, wielu jej uczestników natychmiast wskazałoby właśnie na szwedzkie pochodzenie utworu. Trudno nawet podejrzewać, że efekt ten zespół osiągnął przypadkowo.

„Everything Now” w zasadzie definiuje to, co usłyszeć można na piątej płycie Arcade Fire. Wycieczkę w rejon lat 70. mamy także w „Signs of Life”. Pulsujący bas i rytm wybijany przez klaszczące dłonie znakomicie sprawdzają się nie tylko w samochodzie, ale i, jak sądzę, bo nie sprawdzałem, na parkiecie. Może trochę bym przesadził pisząc o disco, ale niewiele bym się pomylił pisząc o „disco a la Primal Scream”. Z kolei w „Creature Comfort” Arcade Fire teleportują się do kolejnej dekady, tym razem nawiązując nieco bardziej subtelnie do twórczości… O.M.D.

Różnorodność to słowo, które chyba najlepiej określa muzykę z „Everything Now”, bo po swingującym chwilami „Chemistry” dostajemy dwuczęściowy „Infinite Content”. W pierwszej odsłonie jest ostro, punkowo, w drugiej piosenka zwalnia i staje się nagle bardzo nastrojowa nabierając posmaku country. W „Electric Blue” dominuje elektropop. Dźwięki z „Everything Now” mienią się niczym kolorowe szkiełka w kalejdoskopie. Co ciekawe, całość brzmi niezwykle spójnie, co jest zaskakujące tym bardziej, że, obok muzyków, za produkcję płyty odpowiedzialni byli również Steve Mackey z Pulp, Geoff Barrow z Portishead i Thomas Bangalter z Duft Punk. Efekt ich współpracy przez kilka pierwszych przesłuchań nie pozwalał mi się uwolnić od myśli, że muzyka z „Everything Now” kojarzy mi się z czymś, co usłyszałem stosunkowo niedawno. W końcu doznałem olśnienia. Nowa płyta Arcade Fire ma wspólny mianownik z ostatnim dziełem Kasabian. Jest nim taneczny charakter muzyki.

„Everything Now” jest trzecią płytą Kanadyjczyków, która osiągnęła szczyty notowań po obu stronach Atlantyku. To swoisty fenomen, bo trudno powiedzieć o muzyce Arcade Fire, że jest przebojowa w oczywisty sposób. Melodyjności wymaganej przez listy przebojów trudno się doszukać na płytach zespołu. Siła muzyki Arcade Fire wydaje się tkwić w wielowarstwowym przekładańcu, z którego co jakiś czas potrafi wyłonić się prawdziwa perełka. Na „Everything Now” jest nią zamykający album „We Don’t Deserve Love”. To piękna, rozczulająca wręcz, piosenka, rozciągnięta do ponad sześciu minut. Jestem przekonany, że unikanie przebojów nie jest działaniem przypadkowym, że gdyby muzycy Arcade Fire tylko zechcieli, mogliby osiągnąć status wykonawcy stadionowego depczącego po piętach Coldplay.

Na koniec pozostało najtrudniejsze zadanie, czyli odpowiedź na pytanie, czy „Everything Now” jest płytą dobrą. Odpowiedź w przypadku płyt zespołów nagrywających różnorodne stylistycznie albumy nigdy nie jest łatwa, bo ciężko oceniać płytę w oderwaniu od poprzednich. Gdybym, łamany kołem, musiał wybrać pomiędzy „Everything Now” a „Reflektor”, nie przeciągałbym tortur w nieskończoność i postawiłbym na poprzedni album. Tyle, że faktycznym testem muzyki jest u mnie zawsze częstotliwość, z jaką po nią sięgam. Piosenki z „Everything Now” nie zagnieżdżają się w głowie od razu, ale ciagle coś pcha mnie do tego, by wciąż ich słuchać. Może jednak dobrym posunięciem było wydanie płyty pod koniec lipca, przed Foo Fighters, Prophets of Rage i Queens of The Stone Age. To daje czas na smakowanie nowej muzyki Arcade Fire w spokoju, bez ciśnienia, a tego „Everything Now” wymaga.