Fasolki @ Teatr Palladium, Warszawa, 26.05.2018

Wychowany na programie o Panu Tik-Taku, wybrałem się do warszawskiego Teatru Palladium na jubileuszowy koncert Fasolek. Oczywiście nie znalazłbym się na widowni, gdyby nie chęć spełnienia marzenia mojego dziecka. I od razu zaznaczę, że próba obiektywnego zrelacjonowania tego, co zobaczyłem i usłyszałem jest niemożliwa, bo wszystko przyćmiewa radość, jaką występ wzbudził w mojej córce. A radość wzbudził ogromną. Zresztą, przyznam się szczerze, że gdy na początku koncertu poleciała minutowa piosenka otwierająca kilkadziesiąt lat temu wspomniany program, spociły mi się oczy. Dziecko w człowieku zostaje na zawsze, obojętnie jak dorosły, stary i doświadczony robi się z wiekiem.

Głównymi postaciami sobotniego koncertu byli Ewa Chotomska (Ciotka Klotka), Krzysztof Marzec (Pan Tik-Tak) i Andrzej Marek Grabowski (Profesor Ciekawski). Oni byli odpowiedzialni za konferansjerkę i rozbawianie młodej publiczności. Na scenie zaprezentowały się wszystkie pokolenia śpiewających w Fasolkach na przestrzeni lat dzieci. Na umieszczonym z tyłu estrady ekranie pojawiały się fragmenty dawnych telewizyjnych nagrań z udziałem dorosłych już dzisiaj wokalistów. Niektórzy z nich, jak choćby Grzegorz Hardej, swoje dorosłe życie związali na stałe z muzyką. Krótka prezentacja operowych możliwości solisty nie była jednak w stanie przyćmić śpiewających dzieci, które, i mówię to z pełną odpowiedzialnością, w Palladium wypadły najlepiej. To one, a nie starzy wyjadacze, śpiewały z największym zaangażowaniem, wynosząc koncert na wyżyny dziecięcej rozrywki. Szkoda tylko, że zabrakło żywych instrumentalistów, bo przecież warstwa muzyczna w utworach Fasolek jest nie mniej istotna i ciekawa, niż teksty. Domyślam się, że byłoby to zbyt skomplikowane przedsięwzięcie, a pewnie uwagę najmłodszej części publiczności i tak przyciągałyby wyłącznie śpiewające dzieci. A było ich co niemiara. Scena pękała w szwach, dlatego za sukces choreografa uznać należy już tylko to, że w ciągu dwugodzinnego koncertu nikt z niej nie spadł.

Trudno wymienić wszystkie utwory wykonane sobotniego wieczoru. Nie zabrakło klasyków, jak „Czarownica z księżyca”, „Czuję głód”, „Witaminki”, „Moja fantazja”, „Ropucha kłamczucha”, czy obowiązkowe „Myj zęby” i „Zuzia lalka nieduża”. Zabrakło „Kolorowych kredek” z programu „Domowe przedszkole”, „Kto dogoni psa”, czy „Mała smutna królewna”, ale nie można się temu dziwić, bo repertuar, którym dysponują Fasolki jest przeogromny. W środku koncertu nie zabrakło wspomnienia o Krzysztofie Tyńcu, aktorze przed laty prowadzącym telewizyjny program „Fasola”, którego czołówkę również wypełniała wszystkim doskonale znana piosenka zespołu.

Fajnym akcentem były wspomniane już występy dawnych Fasolek. Jarek Bułka, przepraszam Pan Jarosław Bułka, przed laty śpiewający „Każdy ma jakiegoś bzika”, dziś pewnie nie odcina kuponów od niegdysiejszej sławy, bo trudno w brodatym jegomościu w średnim wieku dostrzec dziecięcego gwiazdora. Widać było, że obecność na scenie wśród dzieci sprawiała Panu Jarkowi wyjątkową przyjemność, może nawet większą, niż udział w nagraniach teledysku do piosenki w latach osiemdziesiątych.

Koncert zakończyło pojawienie się jubileuszowego tortu. Niestety, publiczność nie mogła spróbować, obawiam się zresztą, że i dla wszystkich wykonawców nie starczyło. Miejmy nadzieję, że niektórzy byli na diecie. Idąc na koncert zastanawiałem się, czy w czasach Gumi Misia jest jeszcze zapotrzebowanie na dziecięce piosenki z fajną muzyką i mądrymi tekstami. Kończące wersy utworu „Kolega ślimak” („Ślimak, ślimak, wysuń nogę / Zrób do przodu jeden krok / To naprawdę nic trudnego / Taki taniec to jest rock”) dowodzą, że w czasach, gdy Fasolki święciły największe triumfy, muzyczną rozrywką dla starszych dzieci był przede wszystkim rock. Dziś środek ciężkości przesunął się w stronę innych gatunków muzyki i pewnie dlatego dzieci skazane są na pusty łomot bez przekazu. No chyba, że o ich gust zadbają nieco rodzice. Wyprzedany do ostatniego miejsca koncert w Palladium daje nadzieję, że nie jest aż tak bardzo źle, jak mogłoby się wydawać.

W przerwie koncertu udało mi się dopaść Ciotkę Klotkę, która opatrzyła dedykacją najnowszą płytę Fasolek i zakupioną książkę z tekstami piosenek. Niestety, byłem tak onieśmielony, że nie odważyłem się zaproponować wspólnego zdjęcia. Może następnym razem.